baner blackw
Karolina Ocean Czasu

Miałam wszystko poukładane.
Praca na etacie w szpitalu, ukochany mężczyzna u boku,
fajna kawalerka we Wrocławiu i pies – Pixel. Żyć nie umierać, jak to mówią.
A już na pewno nie wtedy, gdy się ma 27 lat.
„Ma Pani nowotwór” – słowa lekarza docierały do mnie w zwolnionym tempie.
Jak to? Ja?! Okaz zdrowia? – „Operacja jest niezbędna.”
Operacja była nie tylko niezbędna. Od niej zależała przyszłość moja i następnych pokoleń,
którym chciałam dać początek.
Obraz może zawierać: 1 osoba, uśmiecha się, na zewnątrz
Czułam, że nagle od życia odgrodził mnie potężny mur
i ani drgnął pomimo walenia w niego głową!
Czekanie na zabieg w klinice sprawiło, ze zaczęłam popadać w marazm.
Moje myśli ciągle krążyły wokół choroby, bałam się tego co będzie po.
Czy wszystko się uda? Czy będę zdrowa?
Któregoś wieczoru wspólnie z Pawłem, moim narzeczonym, oglądaliśmy w telewizji
program popularnonaukowy „Galileo”.
Autorzy opowiadali w nim o floatingu. Nigdy wcześniej o tym nie słyszałam.
Program zainteresował mnie tak bardzo, że zaczęłam szukać informacji o tej formie relaksu.
Mój Paweł, widząc jak bardzo mnie to ożywiło, obiecał mi, że kiedy będzie już „po wszystkim”
pojedziemy na floating oboje.

Po zabiegu, który udał się wspaniale,
odliczałam dni do ściągnięcia szwów i zabliźnienia się rany pooperacyjnej.
Czekałam na obiecany floating i z wielkim entuzjazmem odliczałam dni do pierwszej wizyty.
Kiedy przyjechaliśmy na miejsce, osoba z obsługi – zgodnie z procedurą, zaczęła przeprowadzać instruktaż,
pokazywała same urządzenia i omawiała sposób zachowania się w czasie floatingu.
Byłam tak podekscytowana, że z dużą uprzejmością, ale wygoniłam ją z floatroomu.
Nie mogłam się doczekać wejścia do wody!
Kiedy zanurzyłam się w solance na początku wszystko mnie interesowało
– sprawdzałam, czy lepiej mi jest ze światłem czy w ciemności, ile mojego ciała jest w wodzie,
a ile wystaje ponad nią. Wkładałam nawet rękę pod plecy, żeby sprawdzić czy dotykam dna,
czy jednak unoszę się w wodzie!
Po krótkiej chwili ekscytacji przyszedł czas pełnego odprężenia.
Tak długo na to czekałam! Tak długo byłam w napięciu i strachu, o to co będzie.
Tak bardzo bałam się o przyszłość moją i przyszłych dzieci!
W wodzie czułam. jak każdy mój mięsień się rozluźnia. Jak opada ze mnie ciężar.
Jak robię się coraz lżejsza i przestaję odczuwać moje ciało.
Nie zorientowałam się nawet, w którym momencie odleciałam.
Trwałam w tym stanie błogości i wydawało mi się, że czas się zatrzymał. I że tak już zostanę.
Aż zaświeciło czerwone światełko i rozległa się melodia – to znak, że sesja floatingowa dobiegła końca.
Nie mogłam uwierzyć, że to była TYLKO godzina!
Wydawało mi się, że była to cała wieczność. Tak odprężona i zrelaksowana byłam pierwszy raz w życiu.
Obraz może zawierać: 1 osoba, fotka z ręki i zbliżenie
W drodze do domu poczułam, że przeszłam przez ten mur,
który stanął wcześniej na mojej drodze.
I że nic już nie będzie takie jak kiedyś.
Floating sprawił, że zatrzymałam się na chwilę i zobaczyłam co jest dla mnie ważne.
Otrzymałam dar. Drugie życie – już bez nowotworu i bez przeszkód w posiadaniu dzieci!
Postanowiłam zmienić pracę.
Wcześniej pomagałam ludziom jako pielęgniarką w szpitalu, teraz postanowiłam,
że będę pomagać ludziom poprzez floating.
Przeprowadziłam się z narzeczonym i psem do Świdnicy.
Rozpoczęła się mozolna praca nad otwarciem firmy. Pozyskałam środki, znalazłam lokal, kupiłam kabiny.
Pieczątka wisiała w powietrzu, żeby zatwierdzić na dokumentach zgodę na dalsze działanie.
Dla pewności zrobiłam jeszcze ostatnią wizję lokalną.
Wtedy okazało się, że lokal, który wybrałam jest porażką.
Dzielił ścianę z apteką i wcześniej wydawało nam się, że takie sąsiedztwo nie będzie kłopotliwe.
Tymczasem słychać było każde trzaśnięcie szuflady z towarem.
Nawet głośniejsze rozmowy pań farmaceutek tam pracujących. O dzieciach, zakupach i zamówieniach.
Tak nie mogło być – floating to absolutna cisza. Warunek niezbędny by flotowanie było skuteczne.
Pieczątki nie przybiłam, umowy nie podpisałam.

Czyżby wszystko przepadło? Nic z moich planów nie wyjdzie?
Powiem szczerze. Noc przepłakałam ze złości i rozczarowania.
Jestem jednak uparta – nie było mowy, żebym zrezygnowała z marzeń.
Przesunęłam czas realizacji finansowania o dwa miesiące. Zyskałam czas, aby znaleźć odpowiedni lokal.
W Świdnicy nie jest to łatwe! Zwłaszcza kiedy ledwie zna się miasto – przeprowadziłam się przecież pół roku wcześniej.
Dzięki pomocy wspaniałych ludzi i ogromnemu wsparciu narzeczonego znalazłam idealny lokal.
Z kopyta ruszyły prace związane z otwarciem lokalu i… przygotowania do ślubu 🙂

Dziesięć dni po tym jak mój narzeczony stał się moim Mężem nastąpiło otwarcie firmy.
Moja miłość do floatingu przerodziła się w Świdnickie Centrum Floatingu Ocean Czasu.
Dziś zachęcam wszystkich zmęczonych i zestresowanych, potrzebujących regeneracji i wytchnienia – do korzystania z mocy floatingu.
To wyjątkowy czas oderwania się od codziennych trosk i napięć, czas potrzebny na zebranie sił i myśli.
Czas dla siebie.